Dawid Przybysz

oficjalna strona autora

Rozdział 1


NARADA NIEUMARŁYCH

 

Nadchodziła noc. Ostatnie promienie słoneczne padały na ciemny, zniszczony ołtarz. Zerwał się porywisty wiatr. Nieopodal miejsca, w którym niegdyś składano ofiary, stała postać w kapturze. Skryta w cieniu, ewidentnie na kogoś czekała. Oprócz jej całkowicie czarnego i brudnego ubioru w oczy rzucała się długa laska, na której podpierał się nieznajomy. Nie był to jednak zwykły kij, ale wielka rózga, nieskazitelnie biała, z wygrawerowanymi dziwnymi, świecącymi napisami. Na jej górnym końcu przymocowany został zielony kamień – piękny szmaragd posiadający magiczną moc.

Słońce schowało się w końcu za chmury, pogrążając krainę Darkfear w nieprzeniknionym mroku. W pobliżu ołtarza coś zaszeleściło. Postać w kapturze spojrzała w tamtym kierunku, ale nic nie zauważyła. Wydawałoby się, że ów mężczyzna nie powinien niczego dostrzec w takiej ciemności, lecz jego doskonały wzrok pozwalał mu widzieć w nocy.

– Jesteś nieostrożny, arcyliszu Magarionie! – zawołał ktoś niespodziewanie, wychodząc z pobliskich zarośli.

– Za to ty spóźniłeś się jak zawsze, wilkołaku Tregonossie! Wiesz, ile czasu tu stoję? – odparł lodowato Nieumarły, zły sam na siebie, że dał się zaskoczyć.

– Naprawdę śpieszyłem się, ale mój rumak nie jest już tak szybki jak za żywota – oświadczył mężczyzna, prowadząc za sobą wierzchowca.

Jego ożywiony koń, o czarnej maści i niesamowicie czerwonych oczach, uderzył kopytami w ziemię. Z tylnych nóg zwierzęcia wystawały pożółkłe kości, a po całym ciele wędrowały czerwie. Największa larwa wyszła właśnie z ukrycia, łapczywie pożerając martwą tkankę rumaka.

– Może czas najwyższy wskrzesić nowego wierzchowca? W końcu ostatnio często używałeś magii śmierci – odezwał się Magarion. – Powiedz mi szczerze, w jakim celu przywoływałeś ludzi ponownie do życia?

– Miałem kilka ważnych powodów, arcyliszu. Nie czas teraz na wyjaśnienia. Doszły mnie słuchy, że chciałeś się ze mną spotkać i porozmawiać o czymś niesamowicie ważnym. Słucham więc – mruknął wymijająco Tregonoss i podszedł do Magariona.

Obaj mężczyźni byli tego samego wzrostu, bardzo podobnie ubrani, z jedną tylko różnicą. Ten, który przyjechał na koniu, zamiast różdżki posiadał długi miecz. W jego rękojeść zostały wtopione małe, białe kości.

– Rzeczywiście chciałem się z tobą widzieć. Jednakże celu naszego spotkania na razie nie zdradzę. Musimy jeszcze trochę poczekać. Wkrótce zjawi się tu osoba niezbędna do przeprowadzenia narady – odparł Magarion, rozglądając się wokół.

– Na kogo więc czekamy, arcyliszu? – Tregonoss zmarszczył nos, gdy poczuł słodki smród rozkładu bijący od Nieumarłego. – Zdradzisz mi choć tę tajemnicę?

– Nie ma takiej potrzeby. Otóż ona już tu jest. Bądź dla niej wyrozumiały, wilkołaku.

W powietrzu obok nich pojawiły się małe, fioletowe punkty, które zaczęły się powiększać. Rosły coraz bardziej i bardziej, aż połączyły się ze sobą, tworząc niebywale piękny, a zarazem przerażający magiczny portal. Minęło kilka chwil, zanim z obiektu wyłoniła się postać. Najpierw było widać tylko jej rózgę. Na jednym z końców została przyczepiona duża ludzka czaszka. Dopiero później pojawiła się głowa nieznajomej z martwymi oczami i o cerze białej jak papier. Następnie ukazała się reszta jej ciała. Brudne, rozczochrane, ciemnosiwe włosy opadały kobiecie na twarz i plecy. Odziana w smolistą pelerynę wiedźma stanęła w końcu w całej swej okazałości przed dwoma mężczyznami.

– Witaj, Faelio! Moje martwe serce cieszy się, że cię widzi – powitał ją Magarion, kłaniając się lekko.

– Ja również się cieszę, że moje uszy mogą ponownie słyszeć twój głos, arcyliszu Magarionie – odpowiedziała kobiecym, a zarazem ochrypłym głosem wiedźma. – Natomiast nadal nie rozumiem, po co sprowadzasz mnie z tak odległych krain. Dlaczego zakłócasz spokój nie tylko mój, ale także moich sióstr? Czekam na wyjaśnienia!

– Wybacz, Faelio, że wcześniej nie wyjaśniłem, dlaczego cię tu sprowadziłem. Jednakże zanim wszystko ci opowiem, chciałbym, abyś poznała mojego druha, wilkołaka Tregonossa! – Arcylisz wskazał różdżką na mężczyznę z mieczem.

Wiedźma rzuciła mu krótkie, krytyczne spojrzenie.

– Wilkołak? Też mi coś! Od kiedy to mamy sojusz z wilkołakami, Magarionie? Czy ty myślisz, że można zaufać pół żywej, pół martwej zwierzynie?

– Jak śmiesz nazywać mnie i moich braci zwierzyną! – zdenerwował się Tregonoss i już mierzył ostrzem w ciało Faelii.

Minissitarruss! – krzyknął Magarion, unosząc swoją rózgę.

Powietrze wypełnił fioletowy błysk. Miecz wilkołaka i różdżka wiedźmy poszybowały w stronę arcylisza. Mężczyzna złapał je zwinnie i wtedy z głowy spadł mu kaptur. Twarz Magariona była przerażająca. Martwa, zgniła, ciemnozielona, o oczach czarnych jak węgiel, z licznymi głębokimi dziurami.

– Dość tych bzdur! Nie sprowadziłem was po to, abyście wspominali stare czasy ani żeby obrażać nawzajem swoje rasy. Jesteście tu, by raz jeszcze zawrzeć pakt. Pakt Nieumarłych! – zagrzmiał arcylisz, podchodząc nieco bliżej wilkołaka.

– Nadal nie rozumiem – przyznał Tregonoss, mrużąc ślepia z gniewu. – Niby w jakim celu miałbym znów jednoczyć się z takimi wiedźmami jak ona? Nie potrzebuję jej wsparcia!

– Ani ja jego! – wrzasnęła z dezaprobatą Faelia.

– A właśnie że potrzebujecie! Przestańcie się kłócić i wysłuchajcie wreszcie tego, co mam wam do powiedzenia! – ryknął Magarion i wziął głęboki oddech. – Od jakiegoś czasu obserwuję naszych największych wrogów – eldarów. Przed laty uśmiercili oni władcę Nieumarłych – Lorda Nerdiona, a sojusz wiedźm, arcyliszów, szkieletów, duchów, wampirów i wilkołaków rozbił się i podzielił na oddzielne frakcje, o czym z pewnością dobrze wiecie. Od tamtego czasu wojna ustała. Eldarzy zaczęli rozprzestrzeniać się na nasze ziemie i niszczyć martwe gleby, sadząc zielone drzewa. Ich lasy i łąki plugawią tereny, gdzie rosną przeklęte zioła, bez których nie sposób zrobić żadnych dobrych trucizn. Granice eldarów sięgają już północnej krainy Evargord – dawnej stolicy Nieumarłych. Cmentarzyska i siedliska duchów zostały doszczętnie zniszczone, a oni sami błąkają się teraz po świecie, by nigdy nie zaznać spokoju. Oprócz tego niedawno doszły mnie słuchy, że ci głupcy zabili Białego Nekromantę – ostatniego przywódcę duchów. Wkrótce destrukcja dosięgnie nas wszystkich, dlatego musimy coś z tym zrobić. Powinniśmy raz jeszcze połączyć rozbite siły Nieumarłych i odeprzeć eldarów z naszych ziem – zakończył Magarion, wbijając rózgę w trawę.

– Brzmi naprawdę ciekawie, ale jak chcesz pokonać eldarów, mając zaledwie garstkę wiedźm, arcyliszów i wilkołaków? – zapytała z przekąsem Faelia. – Nie mamy nawet przywódcy, który mógłby nami kierować, nie wspominając o tym, że przewaga militarna eldarów jest znacząca.

– Dlatego też potrzebujemy nowych sojuszników, wiedźmo. Wysłałem już gońców do trollów i rakajów. Nie zapomniałem też o naszych starych sprzymierzeńcach. Zobaczymy, czy odpowiedzą na moje wezwanie – zakomunikował dumnie Magarion.

– O wampirach zapomnij, arcyliszu – odchrząknął Tregonoss, robiąc dwa kroki w tył. – Toczą z nami wojnę od jakiegoś czasu i nie zamierzają ustąpić.

– Tego się obawiałem… – oznajmił Magarion, wzdychając przeraźliwie. Wiedział, że wampiry zawsze kroczyły własnymi ścieżkami i nigdy nie utożsamiały się z Nieumarłymi. Jeśli już nawet dołączyły do sojuszu, to i tak dbały tylko o siebie. – W każdym razie pozostaje wciąż nadzieja w innych rasach. O ile pamiętam, trolle również wiele wycierpiały z powodu eldarów, więc z pewnością chętnie się do nas przyłączą. Oczywiście musimy rozważyć jeszcze kwestię waszych ras, moi martwi powiernicy. Przekonajcie swoich braci i swoje siostry, aby po raz drugi przypieczętować przymierze Nieumarłych i na zawsze zmieść eldarów z naszych ziem. Każda pomoc będzie nam potrzebna.

Zapadła przygnębiająca cisza. Magarion patrzył to na wiedźmę, to na wilkołaka, zastanawiając się, o czym teraz myślą. Czy wszystko zrozumieli? Czy zamierzają pomóc mu w tej wojnie? Czy tak jak kiedyś zgodzą się dołączyć do sojuszu Nieumarłych?

– Nawet jeśli moje siostry wam pomogą, to co my z tego będziemy miały? – zapytała wprost Faelia.

– Co wy będziecie z tego miały? – zdziwił się arcylisz, podnosząc dziwacznie brwi. – Czy ty nie widzisz, że ja nie robię nic dla siebie, tylko dla was? Dla WAS, wiedźmo! Myślisz, że eldarzy zostawią w spokoju takie niegroźne czarownice jak ty, kiedy już dotrą do twoich granic? Nie bądź głupia! Zniszczą każdą martwą istotę, która stanie przed nimi! A wtedy, gdy zapragniesz pomocy, może być za późno.

– Co więc proponujesz, Magarionie? – odezwał się wreszcie Tregonoss, gotów do działania.

– Tak jak powiedziałem, musimy formować szyki! Wysłałem już gońców do naszych dawnych sojuszników. Poprosiłem was jako przywódców wiedźm i wilkołaków, żebyście przedstawili problem swoim braciom i siostrom. Co do moich arcyliszów, to zaangażowałem niedawno zielarzy, aby zbierali zioła, które przydadzą się później.

– Rozumiem – odparła wiedźma, poprawiając sobie brudne włosy. – Pozostają jeszcze dwie kwestie. Pierwsza – sprzymierzeńcy eldarów – ludzie. Jak zamierzasz ich wyeliminować? Przecież nawet jeśli zdobędziemy wszystkich Nieumarłych, trudno będzie przeciwstawić się tak licznemu wrogowi.

– Wiem, ale już ja o to zadbam… Mam pomysł, jak wyłączyć ludzi z bitwy na jakiś czas. Eldarzy stracą wtedy sojusznika. Nie martw się, wiedźmo. Moja w tym głowa.

– No tak, arcylisze słyną z tego, że zawsze mają tajemnice. Ufam ci jednak, Magarionie – przyznała Faelia, biorąc swą rózgę od Nieumarłego.

Wilkołak podszedł do Magariona i również zabrał swoją broń. Następnie zbliżył się do martwego rumaka, wsiadł na niego i po raz ostatni przemówił do arcylisza:

– Powiadomię braci o nadchodzącej wojnie. Odezwę się tuż przed zachodem słońca. Wypatruj mnie za dwa dni. Żegnaj, arcyliszu! I ty, wiedźmo! – dodał z niesmakiem, patrząc na Faelię.

Koń wściekle zarżał i już biegł na zachód. Tregonoss zaczął się oddalać, a jego postać malała w oczach Magariona. Kilka chwil później po wilkołaku nie został nawet ślad.

Arcylisz spojrzał na drzewo, które rosło obok starego ołtarza. Czarne jak wrona, pozbawione wszystkich liści. Na najdłuższej gałęzi dostrzegł karakurta – wielkiego, jadowitego pająka o ciemnym odwłoku w jaskrawoczerwone plamy. Zwierzę wędrowało właśnie ospale po roślinie, szukając potencjalnej ofiary.

Nieumarły zastanawiał się, ile dni jeszcze będzie mógł cieszyć się takim widokiem. Widokiem martwej natury, w której śmierć i rozkład są codziennością.

– Ufasz wilkołakom, Magarionie? – zagadnęła pełna wątpliwości Faelia.

– Niekoniecznie. Wciąż pamiętam, jak zaciekle dążyli do tego, aby zdobyć władzę na naszych terenach. Tregonoss jednak się zmienił. Sojusz Nieumarłych jest potrzebny nam wszystkim. Myślę, że on to rozumie.

Silniejszy podmuch wiatru wzniósł do góry suche liście leżące na ziemi. Powietrze wypełniło głośne krakanie ptaków. Hałas z sekundy na sekundę stawał się coraz wyraźniejszy. Niebo przeciął czarny kruk, który zbliżał się prędko do Nieumarłych. Zwierzę obniżyło lot i zaczęło opadać w dół. Po chwili doleciało do swojego celu i trzepocząc zawzięcie skrzydłami, usiadło na ramieniu Magariona.

– Witaj, Gregor, mój ukochany towarzyszu! Moje martwe serce cieszy się, że cię widzi. Mam dla ciebie zadanie.

Kruk popatrzył na arcylisza i kiwnął głową, jak gdyby wszystko zrozumiał. Jego ciemne pióra i białe oczy wzbudzały w Faelii niepokój. Wyjątkowo mocny dziób ptaka z pewnością służył do rozszarpywania ofiar. Na prawym skrzydle miał zaschniętą krew, a na grzbiecie brakowało mu upierzenia. Zwierzę wyglądało tak, jakby niedawno stoczyło zaciętą walkę.

– Śledź mojego druha Tregonossa – kontynuował Magarion. – Nie opuszczaj go na krok! Muszę wiedzieć, po co wskrzeszał ludzi ponownie do życia. Jego lekkomyślne poczynania mogą zepsuć nasze plany. Miej go na oku – zakończył arcylisz i wyrzucił ptaka w górę.

Kruk wzbił się w powietrze i poleciał w stronę, gdzie przed chwilą zniknął wilkołak.

Magarion spojrzał za siebie, a potem na Faelię. Miała dość dziwny wyraz twarzy. Trochę zmartwiony i podejrzliwy. Zupełnie jakby coś ją niepokoiło.

– Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za jakiś czas będziemy świętować zwycięstwo, a ja osobiście wykonam wyrok na królu Eledrionie – władcy eldarów – oznajmił spokojnie arcylisz, przechadzając się wokół ołtarza.

– Magarionie, nadal nie powiedziałeś mi, kto stanie na czele naszego przymierza. Chyba kogoś masz na myśli, prawda? Czy to może ty zamierzasz…

– Nie! Ależ skąd! – zaprzeczył natychmiast arcylisz. Zirytował go fakt, że wiedźma wzięła go za tak pewnego siebie czarnoksiężnika. – Na to stanowisko potrzebujemy kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto jeszcze się nie narodził jako Nieumarły, a już nienawidzi eldarów i ludzi bardziej od nas. Kogoś, kto zna dobrze ich mocne i słabe strony. Kogoś, kto niedawno został zabity przez swoją własną rasę. Kogoś, kogo musimy wskrzesić, aby pomógł nam zniszczyć eldarów!

– Domyślam się, że ciało wybrańca nie leży na naszych terenach. Kim zatem on jest, Magarionie? – zapytała podniecona Faelia.

– Jest człowiekiem, wiedźmo! I na terenach ludzi spoczywają jego zwłoki. A my musimy się tam dostać, aby raz jeszcze dać mu życie… Nasze życie… Martwe życie…

– Kim on jest? Jak zginął? – pytała dalej Faelia, uśmiechając się po raz pierwszy.

– Kilkanaście dni temu doszły mnie słuchy, że król zabił następcę tronu. Zabił kogoś, kto teraz zapragnie zemsty na swoim ukochanym ojcu. Zgładził tego, który będzie panem wszystkich Nieumarłych! Zabił najpotężniejszego czarodzieja znanego mi w tym świecie – księcia Ovina!